piątek, listopad 21st, 2008, 0:58 | Autor: admin

Od kilku dni zbierałem się z tą notką i w końcu muszę napisać słów kilka o bibliotece (w zasadzie to całym frameworku) dla platformy .NET jakim jest XNA. Na początek może trochę technikaliów (wprost z Wikipedii):

Biblioteka XNA powstała w firmie Microsoft jako następca Managed DirectX. Struktura XNA przypomina właśnie Managed DirectX czyli znajdziemy tam część odpowiedzialną za grafikę 3D, część odpowiedzialną za odtwarzanie dźwięków itd. Ponieważ XNA opiera się na platformie .NET, gry z użyciem XNA można programować za pomocą dowolnego języka opartego o .NET czyli C#, C++/NET, VB.NET, IronPython i wiele innych. Kod jest kompilowany do postaci kodu zarządzanego a dopiero przy uruchomieniu jest kompilowany do wykonywalnego. Dzięki takiemu rozwiązaniu, gra może zostać uruchomiona zarówno na komputerze PC jak i np. na konsoli Xbox 360. Kod wykonywalny jest generowany przez optymalizator wspólny dla wszystkich kompilatorów Microsoftu czyli daje kod bardzo podobny do zwykłego kodu C++ dla Win32. Różnice wynikają jedynie z użycia platformy .NET. Ponadto biblioteki zawarte w XNA, np. część graficzna (odpowiednik Direct3D 9.0c) zostały pozbawione interfejsów COM i zreorganizowane specjalnie dla kodu managed dając wydajność większą niż w ich odpowiednikach w DirectX 9.0c.

Prościej mówiąc, jes to takie “coś”, co “siedzi” pomiędzy DirectX-em, sterownikami naszej karty graficznej a naszą aplikacją (konkretniej - naszym engine’m). No dobrze - ktoś może zapytać - “po co mi to, skoro mogę skorzystać z gotowych silników, które nie są aż tak trudne do nauki i dają niebotyczne efekty graficzne łącznie z obsługą fizyki, dźwięku, kontrolerów, sieci, itp. , a nie marnować czas na naukę kolejnej abstrakcyjnej nakładki na DirectX-a. Już spieszę z odpowiedzią. Po pierwsze, XNA wykorzystuje platformę .NET - wiąże się z tym kilka zależności:

- teoretycznie można pisać w każdym z języków .NET, które będą wykorzystywać kod frameworku,

- teoretycznie kod taki może być przenośny między platformami PC (Windows z .NET, Linux z Mono),

- praktycznie, przy niewielkich modyfikacjach można stworzyć grę, którą można bez problemu uruchomić zarówno na PC jak i na Xbox360,

- należy uwzględnić wszystkie “za i przeciw” programu napisanego w języku zarządzanym, jakim może być np. C#,

Jak widzicie, zgodnie ze starym porzekadłem, “nie ma nic za darmo” - tak i w tym wypadku zostajemy obarczeni kilkoma aspektami, które będą miały negatywny wpływ na wydajność naszej aplikacji. Dokładnie - wydajność - bo to ona jest przecież najważniejsza - stanowi poważny przedmiot rozważań, jeśli nie nad XNA, to nad C# w zupełności. Nie ukrywam, że i mnie początkowo odstraszały mity o ociężałych, wręcz interpretowanych programach, które w zasadzie można szybko pisać, jednak strach je uruchamiać :) Nic bardziej mylnego - kod XNA jest tak zoptymalizowany, że nawet w zestawieniu go z zarządzanym środowiskiem uruchomieniowym w jakim operuje nasz C#, spadek wydajności w porównaniu do analogicznej aplikacji napisanej w C++ z użyciem DirectX jest rzędu kilku, kilkunastu procent, przy założeniu intensywnego wykorzystania “wnętrzności” naszego PC. Dla prostych gier, produkcji 2D - różnicy praktycznie nie można zaobserwować.

A jak to wygląda ze strony developerskiej? Cóż - trzeba stwierdzić oczywisty fakt - pisanie gier jeszcze nigdy nie było tak przyjemne :) W zasadzie wymagana jest elementarna wiedza z zakresu matematyki przestrzennej i podstaw projektowania graficznych aplikacji trójwymiarowych, i uzbrojeni w taką wiedzę możemy w bardzo krótkim czasie tworzyć pierwsze projekty. Oczywiście wykorzystujemy całą moc kart graficznych, korzystając z różnych technik świateł, cieniowania, wykorzystujemy shadery - jednak jest to bardzo intuicyjne - wiedza, którą pozyskaliśmy dzięki nauce DirectX-a nie pójdzie na marne i będziemy mogli ją wykorzystać. Wspominam tu o DirectX-ie, jednak jest to tylko częściowa prawda - jako że XNA z założenia ma być wieloplatformowy, a w Linuxie bibliotek DX nie uświadczymy, rozwiązano ten problem w inny sposób, mianowicie implementując renderer w OpenGL-u (oczywiście w ramach projektu Mono). Widzicie więc, że podejmowane są próby unifikacji co jest zjawiskiem pozytywnym, zarówno dla developerów (twórców), jak i użytkowników. Jak powiedział jeden z wykładowców na naszej grupie .NET - “w obecnych czasach nie liczą się (w znacznym stopniu) efekty, ważniejszy jest pomysł”. Stąd właśnie MS wyszedł z inicjatywą dla wszystkich koderów, dając im za darmo potężna narzędzia jakim są: Visual Express C# i XNA - można powiedzieć że kompletny pakiet do tworzenia w pełni profesjonalnych produkcji. Ważnym odnotowania jest fakt, że w internecie znajduje się mnóstwo koderów tworzących projekty w C# i XNA, którzy stanowią bardzo życzliwą społeczność i z chęcią pomagają “świeżym” twórcom w zgłębianiu tego framework’u, co jest niezmiernie potrzebne na samym starcie.

Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za poznawanie XNA, wrażenia z nauki postaram się zamieszczać na blogu :)

P.S: W przyszłości, po dokładnym zgłębieniu XNA, możliwe że to ono stanie się bazą dla mojego engine’u :)

Kategoria: CSharp  | Dodaj komentarz
poniedziałek, listopad 17th, 2008, 21:40 | Autor: admin


Kategoria: Studia  | Dodaj komentarz
niedziela, listopad 16th, 2008, 23:19 | Autor: admin


Dziś byłem świadkiem dziwnego zdarzenia. Jak obowiązek religijny nakazuje (wiem, wiem - piszę “obowiązek”, jednak tak naprawdę to były moje szczere chęci :) ), poszedłem na niedzielną mszę. Nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie pewna dziewczyna, która klęczała przed wejściem do sanktuarium i najwidoczniej zbierała pieniądze na jakiś cel. Spotkała się z moją obojętnością, podobnie jak i rzeszą ludzi którzy spieszyli się, by zająć pewnie jak najlepsze miejsce. Jednak myśl o niej nie dawała mi potem spokoju, przez całą godzinę myślałem o tym jak postąpiłem - wiadomo, tu niby do kościoła a tu takie zachowanie. Przy wyjściu postanowiłem więc że naprawię swój błąd. Już zbliżałem się do naszej bohaterki, gdy z całkiem przeciwnego kierunku szła kobieta. Nie mogłem dokładnie dostrzec jak to się wszystko zaczęło, jednak w chwili gdy mijałem obie Panie, wywiązała się pomiędzy nimi kłótnia, z której zrozumiałem tyle że Bogu ducha winna kobieta została zaczepiona przez tą młodą dziewczynę, która próbowała widocznie wyłudzić od niej pieniądze. Zrobiło się dużo krzyku, złości, jak się okazało, Nasza Potrzebująca nie była Polką więc Panie jedynie się “pozdrowiły” a mój misterny plan naprawy sumienia, będąc świadkiem takich wydarzeń, spalił na panewce :/

Jak zawsze wieczorem, zbieram myśli z całego dnia i zastanawiam się, kto w tej całej historii jest najbardziej winny. Widzimy każdego dnia podobnych ludzi na ulicach, mijamy ich, wciąż gdzieś spieszymy, jednak nigdy nie zastanawiamy się co oni czują, z jakimi problemami się borykają, jaki los ich spotyka. Nie myślimy o tym, bo mamy dokąd wracać, mamy co zjeść, mamy bliskich którzy są…bliscy - cieszymy się że nas nie spotyka taki los. Gdy ktoś taki pojawi się przed nami najczęściej błądzimy gdzieś wzrokiem bądź uśmiechamy się pobłażliwie i odchodzimy. Ludzie są zgorszeni ich widokiem i zachowaniem i do tego święcie przekonani, że najczęściej ich ofiara zostanie spożytkowana w inny sposób niż zamierzony (”dałem 5 złotych temu obdartusowi żeby się wreszcie ode mnie odczepił, ale i tak wiem, że od obiadu, o który mnie prosił wybierze tani alkohol). Niestety - taki stereotyp.  A gdybyśmy tak spróbowali porozumieć się, nawiązać kontakt z człowiekiem, który najczęściej, bardziej od materialnej pomocy potrzebuje bliskości, chwili rozmowy, dostrzeżenia go pośród dziesiątek mijanych osób? Tak właśnie myślę, że obok fizycznego cierpienia (głód, choroby) o wiele bardziej dotkliwa jest ludzka obojętność. A przecież to też jest człowiek, podobnie jak my myśli i czuje, pragnie być szanowany, pragnie usłyszeć kilka ciepłych słów, dzięki którym poczuje, że świat go jednak tak do końca nie odtrącił. Czemu więc nie potrafimy wykonać tak prostego gestu jak uśmiech? Czy przez to że posiadamy więcej - znaczymy więcej? Pamiętaj że w jednej chwili i Ty możesz trafić na ulicę z pustymi rękoma… Jeśli rak, AIDS i inne straszne choroby atakują nasze ciało, to moim osobistym zdaniem - znieczulica to najgorsza choroba jaka dotyka nasze poczucie przynależności do takiego tworu jakim jest społeczeństwo - choć jesteśmy istotami myślącymi, czasem nie potrafimy być ludźmi.

5 złotych które masz w kieszeni z łatwością wydasz, jednak czy nie będziesz czuł się szczęśliwszy, wiedząc że za te 5 złotych mogłeś dać komuś zupełnie obcemu obiad, kto nie miał nic w ustach od kilku dni?

P.S: Nie będę się tłumaczył za takie refleksje; od kilku dni patrzę na świat pod trochę innym kątem (dokładnie 180 stopni) i powoli zaczynam dostrzegać rzeczy, które kiedyś wydawały mi się obce, bądź nie warte zainteresowania (bądź nie chciałem się nad nimi zatrzymywać…)

P.S.2: Muszę uciekać bo są masowo zorganizowane urodziny koleżanki na korytarzu w akademiku %-)

Dobranocnie :D

sobota, listopad 15th, 2008, 11:15 | Autor: admin

Uśmiech jest jak słońce, które spędza chłód z ludzkiej twarzy.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co sprawia że mamy dobry humor? Co daje nam tą niewyobrażalną pozytywną energię, dzięki której moglibyśmy zdobywać świat? A gdyby tak istniała jakaś metoda, taki trik, który w jednej chwili przestawia coś w naszym umyśle i bum! - odtąd nasze oczy widzą świat w kolorach tęczy :) Większość ludzi sobie tego nie uświadamia ale coś takiego istnieje od chwil, gdy pierwszy człowiek (chyba Adam mu było na imię) znalazł się na Ziemi. Po pierwszym akapicie nie trudno się domyślić, że uniwersalnym lekarstwem na choroby, smutki i zło jest Uśmiech. Zostało to nawet kiedyś naukowo udowodnione, że gdy się uśmiechamy, zmuszamy mięśnie twarzy do ruchu, polepsza się krążenie krwi, do płuc i mózgu napływa więcej tlenu - czujemy się bardziej rześcy i odprężeni. Skoro to wszystko wydaje się tak proste i przyjemne - czemu wciąż tak trudno zobaczyć uśmiechnięte twarze na ulicy, przystankach, w sklepach, szkołach, miejscach pracy? Ludzka życzliwość stała się towarem deficytowym a niestety żyjemy w świecie, w którym “bezinteresowność” stała się tylko sloganem. Pragnę w tym miejscu przytoczyć pewną opowiastkę, mam nadzieję że Bąbel się nie obrazi :)

Pewnego razu szereg zbiegów okoliczności zawiódł mnie do
Nowego Jorku.
Jechałem dokądś taksówką z przyjacielem. gdy dotarliśmy na
miejsce, mój towarzysz, wychodząc z wozu, niespodziewanie
zwrócił sie do kierowcy:
- Dzięki za przejażdżkę. To była doskonała jazda.
Taksówkarza zatkało na moment. Odezwał się po chwili:
- A z pana co taki dowcipalski, co?
- Ależ, mój panie, wcale nie stroję sobie żartów. o prostu
podziwiam pańską umiejętność zachowania zimnej krwi w takim
korku.
- Yhmm… - Kierowca skinął głową i odjechał.
- Co ty wyprawiasz? - zapytałem przyjaciela.
- Usiłuję przywrócić Nowemu Jorkowi miłość- odparł. - Jak
sądze to jedyny sposób, by uratować nasze miasto.
- Jeden człowiek miałby uratować cały Nowy Jork?
- Bynajmniej nie jeden. Jak przypuszczam, ten taksówkarz
będzie miał dziś doskonały humor. Załóżmy, że przypadnie mu
dwadzieścia kursów. Będzie miły dla 20 pasażerów, ponieważ
ktoś był miły dla niego. Z kolei tych dwudziestu pasażerów
będzie uprzejmych dla swych pracowników, sprzedawców
sklepowych, kelnerów, i pewnie nawet dla swych najbliższych.
W rezultacie życzliwość ogarnie dziś przynajmniej z tysiąc
osób. nieźle, prawda?
- Owszem, tyle że wszystko zależy od tego, czy taksówkarz
zechce być miły dla swych klientów.
- Nie zależy - oświadczył mój przyjaciel - Jestem świadom,
że mój system nie jest niezawodny, toteż zamierzam
przeprowadzić swą operację na dziesięciu różnych osobach.
Niech z tej dziesiątki uda mi się uszczęśliwić troje…
Pośrednio wpłynę na samopoczucie trzech tysięcy ludzi.
- Jako instrukcja prezentuje się dość efektownie -
przyznałem - ale nie wydaje mi się, by to sprawdziło się w
praktyce.
- nic straconego, jeśli nie chwyci. nie kosztowało mnie
wiele powiedzieć facetowi, że robi kawał porządnej roboty.
nie otrzymał przez to ani wyższego ani niższego napiwku.
Jeżeli jest głuchy na pochwały, co z tego? Jutro znajdzie
się inny taksówkarz, któremu będę mógł sprawić trochę
radości.
- Z ciebie jest niezły wariat - pokiwałem głową ze
współczuciem.
- A z ciebie zrobił się straszny cynik. Przeprowadziłem,
wyobraź sobie, badania na temat poczty. Zdaje się, że oza
brakiem pieniędzy problem z jej pracownikami polega na tym,
że nikt im nie mówi, jak dobrze wykonują swoją pracę.
- Ależ oni nie wykonują dobrze swojej pracy! - obruszyłem
się.
- Nie wykonują, bo są przekonani, że nikogo to nie obchodzi.
Ktoś chyba mógłby powiedzieć im coś miłego?
Przechodziliśmy właśnie obok jakiegoś gmachu w budowie. Obok
siedziało pięciu robotników, zajadając lunch. Mój przyjaciel
zatrzymał się.
- Świetna robota. To musi być trudna i niebezpieczna praca,
co?
Robotnicy obrzucili go podejrzliwym spojrzeniem.
- kiedy to ma być gotowe? - spytał.
- W czerwcu - odburknął któryś z budowniczych.
- Yhm. Doprawdy, imponujące. Musicie być z tego bardzo
dumni.
Poszliśmy dalej.
- Nie widziałem czegoś podobnego od filmu Człowiek z La
Manchy.
- Gdy ci ludzie przetrawią moje słowa, poczują się
szczęśliwsi, a miasto na pewno skorzysta na ich radości.
- Ależ niczego nie zrobisz w pojedynkę! - zaoponowałem. - A
przecież jesteś sam!
- Najważniejsze to się nie zniechęcać. Przywracanie
życzliwości temu miastu to nie lada sztuka, ale jeśli
wciągnę do mojej kampanii innych…
- …puszczając perskie oko do takich brzydul jak ta przed
chwilą…- dodałem, widząc jak mruga do kobiety, którą
mijaliśmy.
- Owszem, owszem - odrzekł. - Zauważ: jeśli to nauczycielka,
jej klasa będzie miała dziś fantastyczne zajęcia…”

A gdybyście i Wy spróbowali, wykonać ten najpiękniejszy gest wobec przypadkowych osób?

Na koniec zapamiętajcie: Uśmiech jest połową pocałunku. Podziękuj Bogu za te setki buziaków codziennie otrzymywanych :*

P.S: od kilku dni trzyma się mnie niesamowity humor, musiałem o nim, bezpośrednio pod jego wpływem, napisać :)

P.S.2: gdy pisałem tą notkę, o mało nie spadłem z krzesła - pisałem ją pod wpływem mojej ulubionej muzycznej składanki, przy której niemal tańczę przy klawiaturze :D

P.S.3: Zapraszam >> TU << :D

P.S.4: :D :) :D :) :D :) :D :) :D :) :D :) :D :) :D

Kategoria: Przemyślenia  | Jeden komentarz
piątek, listopad 14th, 2008, 21:33 | Autor: admin

„Miło szaleć, kiedy czas po temu” powiadał Kochanowski. I jak nie przyznać mu racji? Szaleństwo jest jedną z najmilszych sercu przyjemności. Pozwala wyrwać się z ram szarego obywatela, otwiera oczy na nowe perspektywy, dodaje skrzydeł, pozwala wykrzyczeć się duszy. A najlepszą okazją do tego jest okres studiów. Właśnie wtedy nie tylko nikt czystego szaleństwa nam nie zabroni, ale co więcej, wręcz się go od studentów oczekuje. Nie od dziś wiadomo, że wynajęcie mieszkania studentowi jest sprawą ryzykowną i zapewne niejednokrotnie spotykaliście się z anonsem w gazecie wykluczającym wynajem szanownej braci studenckiej. Juwenalia nie bez przyczyny przyprawiają mieszkańców miast o drżenie rąk. Kiedy żak przejmuje klucz do miasta, oznaczać może to tylko jedno: Apokalipsa!!!! W niejednej lekturze szkolnej bohaterami pobocznymi byli studenci powodujący, delikatnie ujmując, absolutny rozgardiasz.

Jesteś studentem? Zatem szalej! O dziwo starsze pokolenie zauważa pewne niepokojące oznaki postawy antybuntowniczej u żaków. Coraz częściej zamiast zostawać na weekendowe imprezy w akademikach, już w czwartek pakują oni manatki, aby czym prędzej udać się do rodzinnego gniazdka, w którym rządy sprawuje mamusia. Coraz częściej przyczyną niepojawienia się na wykładach nie jest zaspanie z powodu ciężko przebalowanej nocy, ale dodatkowy fakultet, praktyki, praca, ekstra zajęcia. To miło, moi drodzy, że pragniecie się rozwijać, być układnymi dziećmi swoich rodziców, brać na siebie po trzy fakultety i zaharowywać się dla kilku groszy i wpisu w CV. Nawet wakacje odpuszczacie sobie dobrowolnie z powodu pracy za granicą. To naprawdę bardzo miło, ale powiedzmy sobie szczerze- warto? Nigdy więcej nie będzie już takiej okazji, żeby dać czadu, zaspać na zajęcia, odpuścić sobie albo znaleźć lepszą alternatywę. Szef już nie machnie z politowaniem ręką, tak jak zrobi to niejeden wykładowca. Całe późniejsze życie będzie już zależne od pracodawców, mężów, żon, dzieci, sąsiadów i hipoteki. Nigdy później (aż do emerytury) nie dostaniemy kasy ot tak od uczelni, funduszu socjalnego albo rodziców. To ostatni dzwonek. Jesteśmy piękni, młodzi i pełni energii. Czy faktycznie lepiej stracić ją na zmywaku, kserowaniu dokumentów szefa (bo nie oszukujmy się, że praktyka jest czymkolwiek więcej) albo nabijaniu głowy setkami niepotrzebnych informacji? Tracąc na to wszystko czas, nie zdobędziemy najważniejszych życiowych umiejętności, które zapewni nam np. mieszkanie w akademiku! Życie tam na pewno nie będzie stratą czasu dla rozwoju kreatywności tak cenionej przez współczesnych pracodawców. Prowadzenie różnorodnych interesów na terenie akademika przysporzy nam zdolności marketingowych, znajomości i doświadczenia w sprzedaży, rozwinie naszą otwartość i komunikatywność. Negatywne oceny w indeksie wzmacniają wolę walki, siłę przebicia i perswazji. Użeranie się z dziekanatem uczy, że jeśli wyrzucają drzwiami, włazisz oknem. Wykładowcy wzmocnią odporność na stres i reagowanie poczuciem humoru na sytuacje bez wyjścia. Jeszcze innym niezaprzeczalnie pełnym uroczego uniesienia aspektem jest studencka miłość. Nigdzie na globie nie ma tak sprzyjających warunków do znalezienia sobie doskonałego partnera na dobre i złe. Nie ma rodziców czatujących wieczorem przy oknie, żeby sprawdzić czy nie posuniecie się za daleko podczas pożegnania. Nie ma stresującej pracy, która sprawia że jedyne, o czym wieczorem marzycie to poluzowanie pasa i krawata i drzemka na kanapie. Można spędzać całe dnie nad Wisłą lub Odrą, wieczorem razem napić się wina lub pójść do klubu, nie martwiąc się o to, o której wrócicie. Co więcej można ze sobą zamieszkać i wyprowadzić się w dowolnym momencie, bo przecież wynajęcie razem pokoju z konieczności i oszczędności jest zdecydowanie prostsze, niż wyjaśnianie rodzicom, że chcemy zobaczyć, czy „w praniu” nie doprowadzimy się nawzajem do szału. Studiowanie to nie tylko sesje, to szkoła życia. Dzięki studiowaniu (a nie studiom!), dowiesz się, jak zrobić danie z niczego (nigdy nie dowiesz się tego, co tydzień nawożąc z domu wałówki), jak pokręcić tu i ówdzie, żeby obniżyć rachunki za gaz i prąd, a także, jak zwiedzić za darmo kawał świata. Praca w radiu lub gazecie studenckiej to prawdziwy bilet wstępu do wszystkiego. Legitymacja koła naukowego otwiera więcej drzwi niż blaszka policyjna. A jeśli dostaniesz jeszcze firmowy mikrofon, masz jak w banku że każdy bramkarz zapomni zapytać o bilet. Dobry student wie też, gdzie dobrze i tanio zjeść i się napić. Gdzie za ćwierć ceny kupić takie ciuchy, w jakich nigdy więcej po studiach nie będziesz się mógł pokazać oraz gdzie w miejscu publicznym urządzić spotkanie przy jednym lub dwóch tak, żeby nie zauważyła straż miejska. Im więcej zdziałasz jako student, tym mniej będziesz musiał nauczyć się, kiedy już będzie to koniecznością. Co więcej tylko podczas studiów możesz przenosić się na inne uczelnie i poznawać inne miasta lub kraje za free, coraz więcej i więcej nowych ludzi, którzy w przyszłości też pewnie będą poważnymi panami dyrektorami, choć teraz o tym nie myślą. Wiesz ilu z nich możesz spotkać w czasie rozmowy rekrutacyjnej? Czy nie warto byłoby z radosnym od wspomnień uśmiechem powiedzieć do niego „cześć stary!”? „Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności” powiedział G.B.Shaw. Zatem najdrożsi studenci popełniajcie szaleństwa, bo właśnie teraz jest czas na to!

Agnieszka Zięba

P.S: Czy ktoś się może z tym nie zgodzić? :)

Kategoria: Studia  | Dodaj komentarz
statystyka Stronę monitoruje stat24